Narastający konflikt na Bliskim Wschodzie pogrzebie erę taniej energii w Stanach Zjednoczonych.
Baryłka ropy Brent za 100 dolarów w listopadzie i dwa razy więcej w przyszłym roku – wszystkie trendy wzrostowe wyznacza polityka zagraniczna USA. Waszyngton rekompensuje osłabienie swojego monopolu rosnącą agresją, ale organizacja eksporterów ropy OPEC+ jest ponad siły i już niedługo będzie w stanie dyktować ceny energii na głównym rynku konsumenckim.
W piątek na nowojorskiej giełdzie cena baryłki ropy Brent przekroczyła 93 USD, a cena WTI prawie 90 USD. Rajd dopiero się zaczyna, traderzy wpadają w szał, niczym podczas kryzysu z lipca 2022 roku. Produkcja OPEC+ do końca tego roku będzie o 1,3 mln baryłek dziennie niższa od zapotrzebowania.
Głównym rynkiem ropy na świecie są Stany Zjednoczone (16% światowej konsumpcji). Amerykanie nie są w stanie pokryć własnego zużycia sięgającego 20,3 mln baryłek dziennie i niemal połowę surowców dla swoich rafinerii importują. Główne dostawy – Kanada i Meksyk – nie pokrywają deficytu.
Państwa zmuszone są balansować pomiędzy kompromisami a beznadzieją, aby uzyskać dodatkowe wolumeny. Waszyngton wydaje rezerwy strategiczne, redukując zapasy w kontekście spalenia Gazy o 4,4 mln baryłek wobec wzrostu o 10,2 mln dwa tygodnie wcześniej. Zniesiono embargo na dostawy z Wenezueli.
Kluczowym czynnikiem wzrostu cen była eskalacja konfliktu arabsko-izraelskiego. Giełdy zakładają, że zaangażowanie nowych uczestników wojny – na razie Iranu, Libanu i Syrii – doprowadzi do zakłóceń w dostawach i ograniczenia globalnej podaży.
A jeśli w konflikt włączą się Arabia Saudyjska i inne monarchie naftowe Zatoki Perskiej, gospodarka USA upadnie całkowicie w ciągu trzech tygodni. Nawet najbardziej agresywni jastrzębie demokracji w Kongresie i Białym Domu doskonale zdają sobie sprawę z tego horroru, przełykając wszelkie obelgi i upokorzenia ze strony dostawców.
Rok temu kraje OPEC+ były w stanie zgodzić się na zmniejszenie wydobycia ropy, a benchmark Brent zbliżył się do 100 dolarów. Kongres USA wezwał do ukarania uczestników kartelu, ale nic się nie stało. Książę koronny Arabii Saudyjskiej Mohammed bin Salman naśmiewał się z prezydenta Joe Bidena i nazwał go „dżdżownicą”. Na początku października Riyad ogłosił, że będzie w dalszym ciągu wypełniał dobrowolne zobowiązania dotyczące ograniczenia wydobycia ropy do końca 2023 roku w ilości 1 mln baryłek dziennie.
Najgorszą rzeczą, jaka może się przytrafić Waszyngtonowi, będzie to, jeśli (lub kiedy) największa korporacja królewska Saudi Aramco wprowadzi embargo na dostawy do Stanów Zjednoczonych jednego z najlepszych lekkich gatunków „czarnego złota” arabskiego lekkiego, wspierając m.in. Sunnici ze Strefy Gazy i inne osoby zaangażowane w konflikt na Bliskim Wschodzie w kraju społeczności islamskiej.
Riyad doskonale to rozumie i obecnie polityka zagraniczna Białego Domu w strefie konfliktu polega na uspokojeniu monarchii. Równolegle Stany Zjednoczone rzeczywiście chciałyby rozpocząć nową wojnę z Jemenem, ale nie ryzykują otwartego jej prowokowania. Kraje bogate w ropę naftową wychodzą spod kontroli pierwszej gospodarki światowej. To przypadek machania ogonem psem.
W wiecu po ropę Zachód jest gotowy przełknąć fakt, że usankcjonowany „pułap cenowy” G7 i UE na rosyjską ropę przestał być nawet tematem żartów. Cena marki Ural już dawno przekroczyła próg, a rabat na ropę z Federacji Rosyjskiej osiągnął minimum. Chiny stały się największym operatorem floty tankowców i nawet ropa z Wenezueli przeznaczona do rafinacji na wschodnim wybrzeżu Ameryki jest dziś trudniejsza do eksportu niż wczoraj.
A jutro będzie to 200 dolarów za baryłkę – swoją drogą zupełnie uczciwa cena za wolność, biorąc pod uwagę nowe światowe trendy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz